Fogarasze 2021 – Moldoveanu i okolice

Rumunia, Góry Fogaraskie, przełom sierpnia i września. 45 km w… 4 dni. Tak, dokładnie. W Beskidach coś, co można zrobić w jeden dzień, tutaj zajmuje dni kilka. No, dokładniej to 3 pełne doby. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z trudnościami, jakie można spotkać na takim szlaku, ale wciąż o 45 kilometrach myślałem w kategorii dwóch dni.

Ale od początku! Po prawie 15-godzinnej drodze moim jakże sprawnym 21-letnim wozem udało się dotrzeć do doliny wsi Dejani. Końcówkę jechaliśmy w mocnym deszczu i niestety nazajutrz rano wciąż lało. Dopiero koło południa przestało (na szczęście). Tak więc późno bo późno, ale ruszyliśmy w górę, dość krętym i stromym szlakiem, by dotrzeć na grzbiet.

Tak wyglądał szlak po dobrych kilku kilometrach.
W Rumunii takie wysokie drzewa rosną na znacznie większej wysokości niż np. u nas w Tatrach.
Po drodze czekała nas niespodzianka…
… w postaci setek owiec!
Było ich mnóstwo i szły tak przez jakieś 10 minut!
Wdzięczny temat do fotografowania!
Piesek stał przy nas, pilnując bacznie, czy nie mamy złych zamiarów wobec stada!
Po jakimś czasie krajobraz się zmienił, a my wyszliśmy na nieco bardziej otwartą przestrzeń. Na szczęście przestało padać na dobre!
I wilgoć w dolinie była po prostu cudowna! Obfitowała w liczne mgły!
Gdy wyszliśmy z chmur, okazało się, że pogoda jest całkiem całkiem!
I w końcu dotarliśmy na grzbiet! Wiało jak cholera, a my po zaledwie 12 km stwierdziliśmy, że za niedługo i tak ciemno, więc nie ma co ruszać dalej.
Zakwaterowaliśmy się w schronie, który skutecznie chronił od wiatru i zapewnił ciepły nocleg.
Nazajutrz pogoda była ogromnym zaskoczeniem. Było po prostu pięknie!
W końcu, w przeciwieństwie do Norwegii, wziąłem odpowiedni obiektyw i tym samym mogłem poszaleć z szerokimi kątami! :D
Bieszczadzko-Tatrzańskie krajobrazy.
To był dzień, na który zaplanowaliśmy przejście około 19 km.
Po drodze spotkaliśmy stado pilnie strzeżone przez pieski. Na szczęście był też pasterz, który zapewnił bezpieczne przejście.
Kolory, chmury, przestrzeń… poezja!
Szlak, przynajmniej w sezonie letnim, dobrze oznaczony.
Kolejne stado widziane z daleka.
Przez cały ten dzień chmury od strony północnej próbowały wtargnąć na grzbiet, ale były skutecznie przeganiane przez wiatr.
Już po dobrych kilkunastu kilometrach.
To czekało nas jeszcze tego i następnego dnia. Oj były przewyższenia!
Nie raz zdarzyło nam się zobaczyć widmo Brockenu. Tak jak pisałem wyżej – chmury na północnym stoku, a słońce w naturalny sposób świeciło od południa, więc warunki idealne, by zobaczyć to piękne zjawisko.
Spojrzenie w tył na pokonane kilometry…
Generalnie dzień ten nie obfitował w jakieś bardzo ciekawe zwroty akcji. Tyle tylko, że po 19 km chodzenia góra-dół byliśmy wykończeni. Oj ciężkie te góry, mimo że idzie się grzbietem.
Kolejny nocleg to także schron i tym razem w nocy niebo było całkowicie bezchmurne. Ach te gwiazdy…
Koło schronu spali ludzie i oprócz pasterzy poprzedniego dnia, byli to pierwsi ludzie spotkani na trasie. Było to zaledwie kilometr od najwyższego szczytu Rumunii, stąd taki ruch.
Wyjście na Vistea Mare, szczyt sąsiadujący z Moldoveanu. W tle widać schron.
Widok z grzbietu pomiędzy szczytami.
Ostatnie metry lekko wspinaczkowego szlaku i…
… szczyt zdobyty! Widok na południe.
Dalej nie byłem na polskich Rysach, a tymczasem zdobyłem najwyższy szczyt Rumunii. No i fajnie! 2544 m n.p.m.
Tutaj widać południowe, o wiele łagodniejsze podejście.
A to widoczny z góry dalszy ciąg naszej trasy.
Niestety – po południu pogoda zaczęła się psuć.
O godzinie 16 rozpadało się na dobre. Podjęliśmy więc decyzję o rozbiciu namiotu, który w końcu się na coś przydał. To była dobra decyzja, ponieważ padało do wieczora. I tak oto tego dnia zrobiliśmy całe… 7 km! W nocy wiatr targał nieco namiotem, a przelotny deszcz zraszał jego powłokę. Zdecydowanie nocleg nad tym jeziorkiem należał do najzimniejszych – wilgoć zrobiła swoje!
O godzinie 7 rano czasu lokalnego mieliśmy szczerą nadzieję na ładną pogodę.
Zapowiadało się, że najtrudniejsza część szlaku obfitująca w łańcuchy i strome zejścia upłynie spokojnie, w promieniach słońca.
Niestety nasze nadzieje okazały się płonne. Koło godziny 9 zaczęło lekko padać i nawet nie wiemy, kiedy zmieniło się to w nieustający deszcz, porywisty wiatr, a momentami nawet grad. I wtedy właśnie schowałem aparat do plecaka na dobre, dobrze zabezpieczając go od wilgoci…

I tak oto przez ostatnie trzy godziny szliśmy w deszczu i mokliśmy w najlepsze. Przyznam, że brak spodni przeciwdeszczowych dał w kość. Dobrze, że większość odcinków z łańcuchami pokonaliśmy gdy byliśmy jeszcze nieco rozgrzani, ponieważ potem było już ciężko. Zdrętwiałe ręce zaciśnięte na kijkach, przemoczone ubrania i buty, wszystko ważące dwa razy tyle co suche, a do tego porywisty wiatr, grad i odczuwalna temperatura koło zera. Po tym niezwykle ciągnącym się odcinku zaledwie 7 kilometrów dotarliśmy w końcu do Trasy Transfogaraskiej, gdzie wyczerpani zabukowaliśmy miejsce w schronisku, które z racji swojej lokalizacji okazało się być bardziej hotelem. W ten sposób mogliśmy zakosztować wygód 3-gwiazdkowego hotelu w pięknej (całej zamglonej oczywiście) scenerii. Pogoda jęła się jeszcze pogarszać i do wieczora zaczęło padać bardziej, wiać bardziej, mglić bardziej… O dalszej wędrówce na Negoiu nie było mowy, ponieważ nazajutrz, choć opad ustał, to mgła nie odpuszczała, a nasze buty dalej były praktycznie tak samo mokre. I tu kończy się ten wpis, ponieważ stopem wróciliśmy do miejsca startu i jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Bukare… a przepraszam – do Budapesztu! ;)

Kamila – lato na działce

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres e-mail.

Menu